rss

Wyspa na morzu bylejakości

Zakładając firmę musimy się liczyć z konkurencją na wybranym rynku. Nie należy nią sobie jednak nadmiernie zawracać głowy, ponieważ na ogół wcale nie jest taka groźna jak się wydaje. Na ogół wystarczy zadbać o jakość swoich towarów i usług, a już znajdziemy się lata świetlne przed innymi.

Michał Paluchowski, 11 kwietnia 2010

Ramit Sethi zwrócił jakiś czas temu uwagę na wydarzenie, które nazwał Efektem Penisów z CraigsList. CraigsList to popularna strona z drobnymi ogłoszeniami, również towarzyskimi. Wspomniany „Efekt Penisów” opisuje zalew zdjęć męskich penisów, który pojawia się w skrzynce pocztowej każdej kobiety, która na CraigsList umieści ogłoszenie typu „pani szuka pana”.

Jak łatwo sobie wyobrazić, autorki ogłoszeń nie są wcale zachwycone takimi odpowiedziami. Ramit sugeruje więc, że w tłumie takiej nie tyle bylejakości co wręcz kompletnej beznadziei łatwo jest się wyróżnić będąc w miarę „w porządku”. Tym samym Efekt Penisów można przenieść na obszar biznesu.

Penisy w biznesie

W firmie, w której niegdyś pracowałem, nadzorowałem pracę zewnętrznych kontrahentów przygotowujących projekty graficzne materiałów marketingowych. Za każdym razem i niezależnie od wykonawcy współpraca taka wyglądała identycznie – pytaliśmy grafików czy mogą w danym terminie wykonać to i to, potem czekaliśmy aż taki termin się zbliży, a następnie prawie zawsze prace były opóźnione a my musieliśmy telefonicznie, osobiście i na wszelkie możliwe sposoby dopominać się o wykonanie zamówienia.

Coś było zdecydowanie nie tak z tym obrazkiem. Przecież to my jesteśmy tutaj stroną zlecającą i, co ważniejsze, płacącą. Skoro tak, to grafikom powinno zależeć na sprawnym wykonaniu zamówień i naszym zadowoleniu, które przełoży się na dalsze zamówienia. To oni powinni o nas dbać, dostarczać wszystko możliwie na czas, a przede wszystkim pozostawać z nami w stałym kontakcie co do postępów prac.

Gdybym prowadził firmę poligraficzną to wprowadzenie właśnie takich zasad – dobrego kontaktu z klientem i dobrej organizacji pracy – postawiłoby mnie przed prawie wszystkimi konkurentami.

Możnaby pomyśleć, że graficy to „artyści” i tak to już z nimi jest. Ale te same spostrzeżenia można przenieść na prawie dowolną inną branżę.

Pomyśl chwilę a na pewno szybko znajdziesz przykłady z własnego doświadczenia.

Prawdą jest, że wszystkie wolne rynki pełne są firm z każdej branży i dostarczających dowolnego rodzaju towarów i usług. Na skalę konkurencji składa się jednak nie tylko ilość firm, z którymi musimy się „bić”, ale również jakość ich oferty i pracy. Tutaj wygląda to co najwyżej średnio – firm może być wiele, ale bardzo mało, może nawet w ilości do policzenia na palcach jednej ręki, będzie takich, które naprawdę dbają o klientów.

Wróg, ale własny

Samo zadbanie o wysoką jakość nie wystarczy jeszcze żeby klienci zaczynali się dobijać drzwiami i oknami. Kto oglądał film „Sami swoi” ten pamięta pewnie kwestię:

Wróg? a wróg ale swój, mój, twój, nasz, na własny krwi wyhodowany.

W biznesie oznacza to, że każdy ma ustalonych dostawców. Nawet jeśli są uciążliwi i dalecy od ideału to są w tym znani i klient wyrobił już sobie z nimi odpowiednie sposoby postępowania. Jako nowy gracz, próbując zastąpić takiego dostawcę nie wystarczy, że zaoferujemy „wysoką jakość produktów” i „znakomitą obsługę klienta” – znasz firmę, która tym się nie chwali?

Strategia podejścia do nowego klienta to jak zawsze małe kroki – krótki, drobny, tani projekt, który wykonamy pierwszorzędnie i który da nam kredyt zaufania pozwalający na pracę przy większych zamówienia.

Morał na koniec jest taki, że rozważając rozpoczęcie działalności gospodarczej na własną rękę nie należy zrażać się ilością konkurencji na wybranym rynku. Ilość to nie jakość i jeśli uda się ten rynek dobrze poznać, co i tak każdemu przedsiębiorcy jest konieczne, to równie łatwo będzie zauważyć obszary, na których prawie wszystkie firmy na nim działające zawodzą. Taką lukę wystarczy wówczas uzupełnić i już mamy produkt czy usługę, która wyróżnia się na tle innych.