Wiele produktów, które kupujemy jest pakowanych razem z jakąś licencją lub zestawem warunków. Na przykład często na opakowaniach od oprogramowania drukowane są zestawy zasad użytkowania. Otwierając opakowanie akceptujesz te zasady. Niektóre firmy nie pozwalają ściągać oprogramowania z sieci. Wolą dostawę. Powodem, dla którego tak się dzieje jest późniejsza możliwość powierdzenia w sądzie, że klient zgodził się na akceptację warunków wraz z otwarciem opakowania.
o autorach
Bob McElwain Bob przez 32 lata uczył matemematyki i informatyki w szkołach średnich i na uniwersytetach w Kalifornii. Po przejściu na emeryturę kolejne lata spędził świadcząc usługi doradcze w zakresie projektowania i promocji stron WWW. Obecnie poświęcił się swojej długoletniej pasji - pisarstwu.
Łącznie napisał dla nas 18 artykułów.tych samych autorów
- Gotowy do przeprowadzki? [BM]
- Czy mini-strony są dobrym rozwiązaniem? [BM]
- Zdobądź więcej klientów bez poszerzania niszy [BM]
- Jak wygrać w loterii słów kluczowych [BM]
- Odsłony i reklama [BM]
zobacz również
W świecie, gdzie tak łatwo pozwać kogoś do sądu, jak jest to u nas, firmy robią wszystko by się przed tym bronić. Jednym z podstawowych stawianych warunków w umowach jest, że firma nie ponosi odpowiedzialności powyżej kosztu produktu. Oznacza to, że nie są odpowiedzialni za wynikłe szkody itd.
Wynikłe szkody
Nie jestem prawnikiem. Nie mam żadnej szczególnej wiedzy na ten temat. Sprzedałem jednak mnóstwo oprogramowania. Mój pełnomocnik przekonał mnie, że takie oświadczenia są obowiązkowe, nie dlatego aby prezentować je przed sądem, ale dlatego, że moja pozycja prawna byłaby znacząco osłabiona bez nich.
Jeżeli sprzedaję jakiś program, który w wyniku błędu niszczy bazę danych klienta, ja będę odpowiedzialny, niezależnie od jakichkolwiek oświadczeń o wynikłych szkodach, które klient musiał zaakceptować.
Co to oznacza dla ciebie
Nie jest bezpieczne rozdzieranie opakowania z nowym oprogramowaniem bez czytania licencji. Na pewno firma nie będzie chciała ich ukryć. Jest jednak znacznie większe ryzyko w sieci.
Popularna pułapka z kartą kredytową
Większość webmasterów wie, że musi przyjmować zapłatę za pomocą kart kredytowych. Mając jednak do dyspozycji wiele usług tego typu dokonanie wyboru jest trudne.
Nie wszystkie, ale wiele serwisów oferuje konto bez opłaty za założenie, ale ze sporą opłatą miesięczną, pod warunkiem, że zgodzisz się na czteroletnią umowę. Oznacza to, że jeśli zechcesz zmienić usługodawcę po roku otrzymasz rachunek za pozostałe trzy lata. Ludzie często się na to nabierają. Możesz zaoszczędzić sobie sporo zmartwień czytając ostrożnie warunki danej usługi.
Sztuczka konta handlowego
Firma może wymagać zgody na zatrzymanie twoich pieniędzy na 180 dni w przypadku wystąpienia nieprawidłowości na twoim koncie. Nie dostarczenie dokumentacji na żądanie może stać się podstawą do likwidacji konta. Te dwa stwierdzenia są ukryte głęboko w umowie. Są też napisane w taki sposób, jakby dotyczyły sytuacji, która nigdy nie nastąpi.
Takie firmy postępują różnie, ale często czekają aż zbierzesz kilkanaście tysięcy dolarów należności, później nie wypłacają ich w ustalonym terminie. Ty starasz się odzyskać pieniądze, ale rozmawiasz z kimś, kto nie zna odpowiedzi. Poproszą cię o dokumentację dotyczącą ostatnich sprzedaży. Ty im ją przefaksujesz. Kiedy do nich zadzwonisz powiedzą, że nie otrzymali dokumentów i zlikwidowali twoje konto w związku z niedotrzymaniem warunków umowy. Tak się staje, jeżeli nie otrzymają tego, co wysłałeś (Jak im udowodnisz, że jest inaczej?).
Możesz nie zobaczyć swoich pieniędzy. Zależy to od zamiarów firmy. Na początku prawdopodobnie dostaniesz swoją należność, ale zatrzymają ją na 180 dni. Później mogą po prostu zniknąć pieniędzmi twoimi i innych, po czym zacząć działalność ponownie pod inną nazwą.
Nie znam lepszego przykładu służącego demonstracji potrzeby czytania warunków umowy. Powyższe działania mogą cię mnóstwo kosztować i prawdopodobnie zniechęcić do posiadania konta handlowego. To może oznaczać, że wylecisz z biznesu.
Wiele stron biznesowych prezentuje swoje warunki. Często jednak odnośnik do nich jest zagrzebany na dole strony lub w jakimś zapchanym jej kącie. Niewiele osób dojrzy go i kliknie. Warunki chronią firmę jedynie do pewnych granic. Jeżeli przelotnie odwiedzasz tą stronę możesz zignorować takie odnośniki. Jeśli jednak planujesz podkąć z firmą współpracę, jak np. przystąpienie do programu partnerskiego, przeczytaj umowę. Koniecznie.
Kto jest chroniony?
Wszystkie umowy są pisane, aby chronić firmy, tak jak twój pełnomocnik napisałby zestaw warunków dla ciebie. Poza wyjątkami takimi jak powyżej przeważnie nie ma niczego nieetycznego lub pokrętnego w ich tekstach. Tak jak w zaangażowaniu w ochronę firmy.
Porządna umowa przynajmniej wymieni oferowane usługi. Być może nie stanowi ona ochrony dla ciebie, ale nie stanowi też zagrożenia. Wszystkie warunki takie jak podawane przez GeoCities, które w rezultacie kradną treści, które ty tworzysz, powinny być odrzucane.
Rażący przykład
Jakiś czasu temu zostałem poproszony o napisanie artykułów dla dużego serwisu. Szykował się spory nakład. Z pewnością zyskałbym wiele na publikacji. Zostałem jednak poproszony o podpisanie umowy.
W dokumencie nie było niczego, co by mnie chroniło. Jedynie firmę. Musiałem odmówić z powodu poniższych ustępów, z których usunąłem nazwy.
"XYZ świadczy usługi na zasadach określonych w poniższej umowie, która może zostać zmieniona od czasu do czasu BEZ POWIADOMIENIA."
Od kogo można oczekiwać, że będzie sprawdzał czy nastąpiły zmiany? Nie mam ochoty tego sprawdzać i zastanawiam się czy powyższe stwierdzenie jest w ogóle zgodne z prawem.
"Zgadzasz się przejąć wszelkie koszty postępowania, zastępstwa procesowego i roszczeń majątkowych powstałych w wyniku oskarżeń lub zarzutów wysuniętych przez osoby trzecie w związku z opublikowanymi artykułami."
Mogłem zignorować pierwszy akapit, ale ten następny zdecydowanie mnie zatrzymał. Kiedy odrzuciłem ofertę, kolega, który ją złożył był mocno zaskoczony. "O jakie ryzyko ci chodzi?" zapytał. "Nigdy o nikim źle nie mówisz." Odpowiedziałem, że rzeczywiście ryzyko jest niewielkie. Dlaczego więc XYZ go nie przejmie? Lub przynajmniej podzieli?
Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, co publikujemy. Jeżeli opublikujesz jeden z moich artykułów, dzielę się z tobą ryzykiem. Szansa jest prawie żadna, że kiedykolwiek wynikną problemy, bo uważam na to, co piszę a ty uważasz na to, co publikujesz. Jedynym ryzykiem, łatwym do uniknięcia, jest zniesławienie.
Współpracując z XYZ staję się pośrednio częścią korporacji. Jako emerytowany nauczyciel uzupełniający niewielką emeryturę pracą w sieci, nie mam odpowiednich środków na zatrudnienie wysokiej klasy prawnika.
XYZ z drugiej strony ma znacznie większe możliwości. Dobrze prosperujący dot com, szybko rosnący. Wielu prawników mogłoby być zainteresowanych pracą dla nich. A jednak ja miałem przejąć całe ryzyko.
XYZ nie jest nawet zobowiązane do poinformowania mnie o wystąpieniu oskarżeń. Ani do obrony mojej racji. Mogą poczekać na wyrok, po czym przyjść i zabrać mój dom.
Według mnie sądy są bardziej zainteresowane prawem niż sprawiedliwością. Jeżeli były procesy, w których wykorzystano przeciwko ludziom taką klauzulę, ja mógłbym być następny. Może nawet gorzej. Mógłbym znaleźć się w centrum wielkiego precedensowego procesu. Dziękuję, postoję.
Wielu tak nie zrobiło
Śledziłem jakiś czas ezine wydawany przez XYZ. Zauważyłem znajome nazwiska przy publikowanych artykułach. Mam przeczucie, że nigdy nie kliknęli, aby przeczytać umowę. Po prostu ją zaakceptowali. Dołożyli ją sobie do ryzyka pracy w sieci.
Po co zwiększać ryzyko?
Wszyscy jesteśmy zagrożeni oskarżeniami prawnymi. Wszystko co robimy może to ryzyko zwiększyć. Generalne jednak jest to ryzyko niewielkie. Po co niepotrzebnie je zwiększać? Nadal będę ostrożnie czytał warunki umów. Spróbuj i ty! Możesz sporo zaoszczędzić. Twoja firma także. Może nawet twój dom.